Tytuł: Absurd?
Temat: Przekonaj się, czy na pewno :-)
Data: -
Autor: Bob Raven



Linijka

(felieton sf…)          

Wyszedłem ze sklepu z zakupami i zaraz za drzwiami urwała się jedna rączka reklamówki. W ostatniej chwili uratowałem przed upadkiem na chodnik zgrzewkę z jajkami. Zakląłem. Były to jajka pierwszej kategorii, wymiarowe, skatalogowane przez Unię Europejską jako jajka klasy AY-HF-1000-B, czyli jedne z najlepszych. W Polsce produkowała je tylko jedna firma, w Pionkach pod Warszawą, bo tylko jej udało się zdobyć wymagane certyfikaty po pięciu latach starań. Te jajka ciotka kazała mi kupić na przyjęcie z okazji swoich siedemdziesiątych urodzin. Pod drzwiami opadły mnie hordy przedstawicieli różnych organizacji. Gdybym każdemu dał po pięć złotych, poszłaby mi cała wypłata. Wrzuciłem piątkę do puszki najbliższego i dostałem krzyżówkę. Kiwnąłem głową w podziękowaniu i podszedłem do kiosku.
- Poproszę dużą reklamówkę. - powiedziałem.
- A ma pan pokwitowanie za zwrot surowców wtórnych? - zapytała sprzedawczyni. Tęga pani z włosami upiętymi w kok w wieku około 50 lat. Patrzyła na mnie badawczo.
W klapie kamizelki miała plakietkę z nazwiskiem, adresem, określeniem stanu wolnego (mężatka) i numerem sprzedawcy.
- Zaraz... - szybko obszukałem kieszenie. Wydobyłem pokwitowanie za oddanie do Miejskiej Oczyszczalni i Utylizacji Odpadów trzech kilogramów śmieci i pokazałem.
- Proszę.
Obejrzała dokładnie. Sprawdziła w ultrafiolecie, czy nie podrabiana.
- Dobrze.
Kupiłem dużą, kolorową reklamówkę ze zdjęciami ogórka, pomidora i jabłka w kolorach zatwierdzonych przez dyrektywy Unii Europejskiej i przepakowałem zakupy. W chwili gdy chciałem przejść po pasach dla pieszych na drugą stronę ulicy, jak z pod ziemi pojawił się funkcjonariusz straży miejskiej. Zasalutował i zażądał winietki kwitującej opłacony podatek od swobodnego poruszania się po ulicach przez pieszych. Przewertowałem portfel i minęło parę chwil, nim wydobyłem właściwą kartę. Przy okazji zauważyłem, że mam przeterminowaną kartę na jazdę rowerem. Zresztą, nie zapłaciłem jeszcze placowego za miejsce na ławce przed domem. Miałem to zrobić jutro. Będą odsetki. Trudno. Pokazałem dokument. Mundurowy obejrzał go dokładnie i zwrócił. - Proszę bardzo. - był jak zwykle uprzejmy do bólu.
Przechodząc przez ulicę minąłem dwie dziewczynki idące do szkoły. Obie uginały się pod ciężarem tornistrów. Obie ręce miały zajęte torbami z książkami a za nimi szedł najprawdopodobniej tatuś jednej z nich i pomagał im nieść przybory szkolne. Wyglądali, jakby wyjeżdżali na cały tydzień. Przeszedłem przez pasy i wstąpiłem do sklepu z warzywami.
- Poproszę kilogram pomidorów i dwa banany. - powiedziałem.
Pomidory były jednakowo czerwone i jednakowego rozmiaru. Te niewymiarowe były od razu przeznaczane na przecier a do handlu wybierano tylko te, które spełniały wyżyłowane normy. Najgorsze było to, że priorytetowe były rozmiary i kolor a smak był już sprawą drugorzędną. Pomidory, jabłka, ogórki czy ziemniaki - często wszystkie były jednakowego smaku. Ale były unormowane i starannie zapakowane. Na wierzchu certyfikat i nalepka: "Wolne od bakterii" w siedmiu językach. Czasami trzeba było kilku minut i ostrego noża, żeby dostać się do zafoliowanej zawartości. Pewnie przetrwałyby atomowy wybuch.
zapakowałem zakupy i wyszedłem. No, teraz do domu. Nie było daleko, więc poszedłem piechotą. Przez te półtorej godziny jak mnie nie było zdążyli mi nawieszać na klamce worek reklam. Pod drzwiami u sąsiada, którego nie było trzeci dzień z rzędu, leżała już spora sterta gazetek i reklamówek. Jak wróci, będzie musiał zanieść to do skupu i zapłacić podatek za zwłokę - pomyślałem z mściwą satysfakcją. Nie był zbyt sympatyczny.
W domu postawiłem na razie torby na stole w kuchni i włączyłem telewizor. Właśnie leciał program "Wszystko dla Ciebie": jakiś małżonek na prośbę swojej żony miał spędzić dwanaście godzin w klatce z dzikim tygrysem. Właśnie żegnał się z dziećmi i chłopisko miało łzy w oczach. Ale nagroda warta była ryzyka: nowy model samochodu. Jakby go nawet ten tygrys zeżarł, samochód miałyby żona i dzieci. I tak był bezrobotny. Warto było. Potem mieli pokazywać reality z ukrytej kamery z jakiegoś losowo wybranego mieszkania na Mokotowie. Oczywiście bez wiedzy lokatorów. Podobno mieszkanka była niezłą laską.
Wróciłem do kuchni. Warzywka i jajka do lodówki. Mleko i banany na stół, Wlałem trochę mleka z kartonu do szklanki i upiłem łyk. Ohyda. Popatrzyłem na skład. Nigdzie nie znalazłem słowa "mleko", tylko seria emulgatorów "E" "A" i "Q" z numerami od jednego do pary tysięcy, informacja, że "barwnik i smak identyczny z naturalnym". Z boku karteczka, że piję na własne ryzyko. No i srebrny certyfikat na tasiemce. W siedmiu językach. Nawet ładny. Drugi łyk wyplułem do zlewu. Jeszcze mi zaszkodzi - pomyślałem.
Ukroiłem kromkę i posmarowałem ją masłem. Miało nijaki smak. Sam chleb bez tego żółtego smakował tak samo. Chyba podobnie jak mleko, masło nie pochodziło od krowy ani od żadnego normalnego zwierzęcia.
Spojrzałem na zegarek - dochodziła siedemnasta. Zaraz powinna przyjść moja ciotka - chyba, że nie przestawiła godziny - puknąłem się w czoło. Od wczoraj obowiązywał przecież nowy czas średnio-wiosenny i wskazówki trzeba było przestawić o siedemdziesiąt osiem minut do przodu - ciotka była staroświecka i na pewno o tym zapomniała. Mieszkała sama i przychodziłem przecież do niej regularnie, żeby skorygować ustawienia zegara, a wczoraj nie miałem czasu. Trzeba będzie chyba zadzwonić? Już jakbym ją słyszał: dwa miesiące temu cofnąłem jej zegar o osiemdziesiąt pięć minut zamiast o siedemdziesiąt pięć i ciotka nie zdążyła na badania USG. Kolejka jej przeskoczyła i teraz musi odczekać osiem miesięcy. Miałem nadzieję, że dzisiaj nie spowodowałem podobnej katastrofy!
Wykręciłem numer miejski, potem prefiks strefowy, numer operatora głównego i numer do Ciotki. Razem siedemnaście cyfr i chyba coś pomyliłem bo odezwała się miła panienka z upomnieniem. Oczywiście impuls poleciał. Ciotka mieszkała dwie ulice dalej, ale administracyjnie była to już inna strefa i łatwiej było do niej pójść niż zadzwonić...
Zakląłem i poszedłem po buty i kurtkę.

cdnn Raven